Cud na Drawie, czyli nieprawdopodobna historia pewnego listu

6JEZIORO TAJEMNIC. Opowieść Autora listu w słoiku odnalezionego po prawie 40 latach w rzece Drawie, nieopodal jeziora Drawsko.

Andrzej Dębiec: Wrzucając list w szczelnie zamkniętym słoiku do rzeki Drawy, miałem nadzieję, że wkrótce ktoś go znajdzie i da znać gdzie go znalazł. Był to mój pierwszy list wrzucony na śródlądziu. Wcześniej butelki z żeglarską wiadomością lądowały w falach Bałtyku podczas rejsów morskich, ale nikt ich wtedy nie znalazł. O słoiku z certyfikatem dawno zapomniałem, ale do dziś prowadzę Urząd Poczty Butelkowej w Klubie Morza „Zejman”, wysyłając w świat corocznie znaczną ilość listów w szklanych kopertach. Od czasu do czasu przychodzą niezwykłe odpowiedzi od najróżniejszych odbiorców, ale odpowiedzi na list sprzed 38 lat? Tego nigdy bym się nie spodziewał! To po prostu pocztowy cud znad rzeki Drawy!

Klub Morski „Tramp” organizował swojego czasu rejsy jachtem kabinowym „Wyga” po Jeziorze Drawskim a będąc jego członkiem skorzystałem z okazji. W naszą żeglarską wyprawę wyruszyliśmy z Czaplinka, dokąd dowiózł całą naszą koszalińską piątkę załogi mój zacny wujek Zdzisław a ojciec załogantki Elżbiety. Oprócz mojej kuzynki w rejs zabrałem Romka – chłopca z zaprzyjaźnionej rodziny a nade wszystko moją małżonkę Ewę i … córeczkę Agnieszkę, która mając zaledwie cztery miesiące zaczęła pływać z nami na dzielnym „Wydze” a przede wszystkim w brzuszku u mamy. W tym więc miejscu prostuję wieści sprzed blisko czterdziestu lat – na pokładzie było pięciu a nie czterech członków załogi!
W dzień żeglowaliśmy od zatoki do zatoki, próżno wypatrując na horyzoncie jakiegoś jachtu a w nocy z braku pomostów i zbyt porośniętych brzegów staliśmy często na kotwicy. Podczas jednej z ciemnych jak smoła nocy usłyszałem w oddali pomruk silnika. Ktoś zbliżał się do nas po wodzie. Ścisnąłem w dłoni solidny pagaj i zaczaiłem się w kokpicie na nocnych rabusiów. Gdy niewyraźna plama łodzi była tuż tuż zamachnąłem się, będąc przekonanym, że nastąpi abordaż. Szybsza była jednak postać na „wrogiej” jednostce krzycząc: Ej! My rybacy!!! Zamiast utraty życia i mienia wzbogaciliśmy się w tamtą po części groźną, po części zabawną noc w wyborną, świeżą rybę.

Na postoju pod kasztelańskim zamczyskiem Drahim w Starym Drawsku opadły nas duchy. Zjawy i mary pojawiły się wraz z piosenką grozy, którą ułożyłem wiele lat wcześniej, będąc na obozie żeglarskim w Czaplinku : „Na Drahimiu duch pohukuje, cień potwora wodą się snuje… W dno kadłuba topielec puka, czwartego do brydża szuka…” – nuciliśmy. Przy księżycu majaczyły zamkowe ruiny a załoga długo w noc nie mogła zmrużyć oka, daremnie nasłuchując pukania topielca o denne poszycie jachtu.

Widać jednak mało było nam mocnych wrażeń, bo wkrótce potem udaliśmy się na poszukiwanie ujścia rzeki Drawy z jeziora z ambitnym planem dotarcia jej korytem do kryjącego się za lasem Jeziora Rzepowskiego. Rzeka przyjęła nas szerokim i głębokim nurtem, ale zaraz potem drzewa nad nami zaczęły gęstnieć, pojawiły się pierwsze mielizny. Musieliśmy więc żeglować w coraz większym przechyle, by nie szorować dnem jachtu po kamieniach, nie pomni tego, że za kolejnym zakolem rzeki na 1100 metrach jej biegu czeka na nas wroga pułapka. Wielkie porośnięte bluszczem drzewo już nie rosło na brzegu. Powalone zapewne wichurą, leżało w poprzek rzeki niczym bastion nie do przebycia. To był koniec rzepowskiej ekspedycji. Na brzegu pojawił się biwak a na patelni ryby, które nie tyle zjadła co pożarła umęczona, wygłodniała załoga, po ostatnim manewrze na rzece – mozolnym obróceniu kadłuba jachtu w kierunku skąd przypłynęliśmy.

Pomyślałem wtedy, leżąc na skrawku przybrzeżnej łączki i będąc w przekonaniu że jesteśmy pierwszym jachtem, który tak daleko dotarł w zielone ostępy, że nasz wysiłek i walka z „puszczą” i „dziką rzeką” godna jest upamiętnienia. Niegdyś w ośrodku żeglarskim w Trzebieży dla przyjaciół instruktorów wypisywałem pamiątkowe certyfikaty i tu nad rzeką Drawą powstał kolejny list, tym razem od dzielnej załogi dla bezimiennego odbiorcy na którego mówiąc szczerze nie liczyłem.

Los ludziom jednak płata nieraz nieprawdopodobne figle, czekając latami na sposobną chwilę i okazję. I oto kilka dni temu rozległ się na Drawie Brzęk tłuczonego szkła. Zardzewiałe wieczko słoika nie poddało się panu Zygmuntowi – znalazcy listu, który odnaleziony został (toż to właśnie cud nad Drawą ) 38 lat później i to chyba w tym samym miejscu w którym został zwodowany. Dlaczego nie popłynął dalej i czekał ukryty w szuwarach taki szmat czasu? Nikt już nie odpowie na to pytanie. Tak jak nie podzieli już naszej radości i pięknych wspomnień nie żyjąca moja małżonka Ewa. Ale pewnie i ona cieszy się razem z nami wyglądając zza chmurki…

Pomyślałem sobie wieczorną porą, patrząc na zamieszczone w „Fakcie” zdjęcie świetnie zachowanego certyfikatu, że pewnego dnia, gdy czas pozwoli powinienem zebrać załogę – małżonkę Dorotę, dorosłą już córcię Agnieszkę, już nie chłopca ale pana Romana i przemiłą kuzynkę Elę, raz jeszcze na pokładzie. A wciąż dziarski wujek Zdzisław, który pospołu z przyjaciółką małżonki panią Basią z Gdańska doniósł mi o sensacji w gazecie, raz jeszcze dowiózłby nas do portu wyjścia – do Czaplinka, Moglibyśmy pożeglować do znalazcy wiekowego listu, do pana Zygmunta na spotkanie, by przekonać się z załogą na własne oczy – bo przecież ponoć cudów nie ma, że list istnieje, zakończył swoją podróż, że czeka na pamiątkowe zdjęcie i być może, za sprawą wielkiej uprzejmości odbiorcy powróciłby do nas, jako cenna rodzinna pamiątka.

Wielce dziękuję w imieniu załogi wszystkim autorom naszej radości ze znalazcą panem Zygmuntem Danielewskim na czele a Panu Staroście Stanisławowi Kuczyńskiemu za zainteresowanie. Co dalej? Poszukam mojego członka załogi Pana Romana, który dawno temu zniknął mi z oczu, by podzielić się z nim niezwykłym wydarzeniem a potem być może rozglądnę się za jachtem, gotowym do rozpoczęcia sentymentalnego rejsu po jez. Drawskim?

O sprawie pisaliśmy tutaj:

http://jeziorotajemnic.pl/znalazl-sie-autor-listu-w-sloiku/

Sponsorzy nagród

Przyjaciele

Patronat nad akcją sprawują